Tak, oto znów jestem w Somalii i znów dane mi jest zaczerniać karty tego bloga krwistym i dobrze wysmażonym stekiem bzdur. Nie bez zdziwienia muszę przyznać, że naprawdę tęskniłem za tym oceanem piasku, za upałem ponad ludzkie siły, za towarzystwem samych mężczyzn, w większości starszych ode mnie przynajmniej o dwadzieścia lat; za mozołem i monotonią, która każdy jutrzejszy dzień opatrza wczorajszą datą. Brakowało mi niezakłóconej niczym samotności, jakiej mam przyjemność doświadczać w przytulnym wnętrzu mojego zapylonego namiotu w kolorze khaki. Tym razem stolik ustawiony jest prostopadle do łóżka. Mam też inne krzesło.
Wyposażony w nowy aparat fotograficzny i w spory zapas entuzjazmu przemierzyłem w ciągu trzech ostatnich dni tysiące kilometrów (doświadczając, rzecz jasna, niezliczonych przygód), by dziś około południa dotknąć moją niezgrabną stopą skwierczącej z gorąca płyty obozowego lądowiska. Niewiele brakowało, a w ogóle bym tutaj nie dotarł. W terminalu londyńskiego lotniska Heathrow spotkałem kolegę z pracy, Aiden'a. Na pół godziny przed odlotem naszego samolotu udaliśmy się jeszcze do wolnocłowego sklepu z alkoholem - na pustyni trudno o lepszą towarzyszkę rozmowy, niż whiskey. Wybieranie, wertowanie i czytanie etykiet przerwał nam niecierpliwy zgrzyt i pisk megafonów: "To wasz samolot" - ogłosiły megafony.
Odpychając przypadkowych przechodniów, rzucamy się w szaleńczy pościg za samolotem. Uszu naszych dobiega dźwięk potłuczonych butelek z najlepszymi alkoholami świata; teraz to nieważne - liczy się czas. W zamieszaniu wbiegam na plecy Aiden'a, on wbiega na moje; pędzimy w górę po ruchomych schodach, którę jadą w dół. Drogę zastępuje nam lew: skąd lew na lotnisku? Pokonujemy go i długim jak wąż korytarzem biegniemy w kierunku bramki B48; oprócz kurzu pozostawiamy w tyle błądzące po korytarzu echo naszych kroków. W szaleńczym tempie wpadamy na peron kolejki, która dowozi pasażerów do lotniskowych bramek.
Kolejki jednak nie ma. Siadamy na plastikowych krzesełkach i w oczekiwaniu na transport gawędzimy o pogodzie.
Wreszcie pociąg nadjeżdża. Wskakujemy do środka i pochylamy się w kierunku jazdy, by chociaż pozornie przemieszczać się szybciej. Wtem strzelanina. Gangsterzy w prążkowanych garniturach walczą z policją; przez okna pociągu próbują wyrzucić brązowe skórzane torby pełne gotówki. Nie zauważyli, że pociąg jedzie podziemnym korytarzem - torby odbijają się od ściany i wpadają prosto w moje ręce. Wybiegam z nimi na dach i pędzę w kierunku lokomotywy; słyszę świst przelatujących koło moich uszu kul. Wpadam do pierwszego wagonu, wyrzucam maszynistę i zatrzymuję skład.
Samolot! Widzę, jak odrywa się od płyty lotniska. Razem z Aiden'em podążamy w kierunku balonu, który też właśnie startuje. Za nami policja i gangsterzy. W biegu rozbijamy automat z gumą do rzucia w kulkach - tamci ślizgają się i przewracają. Dopadamy balonu, wyrzucamy zaskoczoną załogę i w pośpiechu odcinamy worki z piaskiem.
Lecimy zbyt wolno! Musimy pozbyć się zbędnego balastu. Nie bez żalu wyrzucamy torby pełne pieniędzy i z góry widzimy, jak przez komin wpadają do okradzionego wcześniej banku. Teraz już przybliżamy się do samolotu. Pilot spostrzega w lusterku, że jest śledzony; kluczy i chce nas zgubić. Jesteśmy dokładnie nad aeroplanem, kiedy ten złośliwiec z pistoletu przestrzeliwuje powłokę balonu. Spadamy! W ostatniej chwili udaje nam się chwicić samolotu: ja trzymam się skrzydła, a Aiden moich nóg. Wspinamy się i kopnikami otwieramy drzwi ewakuacyjne. Powoduje to dekompresję kabiny, ale udaje nam się wskoczyć do środka. Własnym ciałem tamuję otwór i w tej niewygodnej pozycji bez dalszych przeszkód kontynuuję ośmio i pół godzinny lot.
W Nairobi odebrał nas taksówkarz. Odwiezieni zostaliśmy do hotelu, a rano wyruszyliśmy w drogę do obozu, w którym teraz przebywam.





4 komentarze:
Pierwsze zdjecie przed lustrem głębokie i przejmujace, mam nadzieje,ze z tym Panem nie zapileś czerepa;]
Stefan schował się za słuchawkami :D
niesamowite!!!!
ja myślę, że to nie jest prawda
Prześlij komentarz