wtorek, 22 lipca 2008

Dzień 0



Przygoda zaczyna się tu, na terminalu 4 lotniska Heathrow w Londynie. Po nieprzespanej nocy czekam na samolot Boeing 777 JET, który zabrać ma mnie stąd prosto do stolicy Kenii, Nairobi. Przede mną 4245 kilometrów powietrznej podróży. Wiatr będzie rozwiewał mi włosy, kiedy pomkniemy nad Afryką z prędkościami nierzadko przekraczającymi prędkość światła.

Tymczasem czekam. Nerwowe odliczanie godzin pozostałych do odlotu postanowiłem uprzyjemnić sobie tradycyjnym angielskim śniadaniem. Na ekranie telewizora migoczą obco brzmiące słowa; lektor wygłasza niezrozumiałe frazy. Wypijam łyk herbaty.

To język angielski.

Cofnijmy się teraz w czasie o jeden dzień. Podróż rozpocząłem w Krakowie, na południu Polski. Liniami lotniczymi LOT przedostałem się do stolicy tego nadmorskiego kraju - Warszawy. Tam czekał już na mnie samolot linii lotniczych LOT, który popędził nad Europą i wylądował właśnie tu, na Heathrow, w Londynie. Podczas podróży uwagę moją zwrócili obywatele Polski siedzący obok. Wypili tyle serwowanego na pokładzie wina, że poczuli się znów młodo (a nadmienić należy, że byli starzy) i zaczęli śpiewać patriotyczne piosenki. Było to tak piękne, że już w samolocie zdążyłem zatęsknić za Ojczyzną. Ja upiłem się darmową whiskey.

Kiedy koła boeinga dotknęły płyty londyńskiego lotniska, zakołysałem się. Zagadnięte w punkcie informacyjnym kobiety, prawdopodobnie hinduski, zadrwiły ze mnie gdy usłyszały, że szukam noclegu. "Kurwa, everything is closed" - krzyknęła jedna dowiedziawszy się, że jestem z Polski. Następnie zaoferowała mi łóżko za 50 funtów i spytała, czy mam papierosa. Nie palę.

Noc spędziłem w terminalowej kawiarence, gdzie polska kelnerka rozmawiała z polskim robotnikiem. Znów zatęskniłem.

Śniadanie zjedzone. Terminal 4. Tu zaczyna się przygoda.

0 komentarze: